Menu

Z głową w... chmurkach

Listy, książki, filmy, przemyślenia... a wszystko przy dobrej herbacie i blasku świec...

Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie... - recenzja filmu "Love, Rosie"

pochmurnaaa

 Nieprzypadkowo zacytowałam w tytule wieszcza Adama, bo po obejrzeniu tego filmu właśnie cytat z Niepewności przyszedł mi do głowy jako pierwszy. Książka od lat stoi na mojej półce. Czytałam ją chyba jeszcze w liceum, była OK, ale bez przesady. Tak na nią patrzyłam, patrzyłam, aż w końcu myślę „Obejrzę film”. No i obejrzałam…

7658506.3

Film Love, Rosie powstał na postawie powieści „Na końcu tęczy”, choć mój egzemplarz nosi ten sam tytuł, co film,  irlandzkiej autorki Ceceli Ahern, znanej między innymi z popularnego PS. Kocham Cię. Tytułowa bohaterka Rosie i jej przyjaciel z dzieciństwa Alex są licealistami, mieszkają w Dublinie i praktycznie się nie rozstają. Snują plany na przyszłość, w których Rosi ma zostać właścicielką sieci luksusowych hoteli, a Alex światowej sławy lekarzem. Krokiem do realizacji tych planów mają być studia w Bostonie. Gdy przychodzi do balu maturalnego żadne z nastolatków nie ma odwagi przyznać się kumplowi, że chce iść właśnie z nim, a to, co jest między nimi już dawno przestało być przyjaźnią. W efekcie tego niedomówienia Rosie idzie na bal ze szkolnym ciachem pozbawionym szarych komórek, a Alex z równie mało rozgarniętą, lecz seksowną blond modelką. Decyzja ta nieodwracalnie zaważy na ich losie. Alex otrzymuje stypendium na Harvardzie, a życie zmusza Rosie do pozostania w Dublinie. Od tej pory wiodą zupełnie osobne życia na dwóch kontynentach. Jednak wspomnienia dawnej przyjaźni nie dają o sobie zapomnieć.

O ile książka wydaje się być humorystycznym i odprężającym poczytadłem na długie zimowe wieczory, o tyle film zdecydowanie należy do tego z gatunków dla młodzieży. Typowa komercja i niby nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że zamysł filmu poszedł w troszkę odmiennym kierunku. Według mnie poważnym zarzutem jest to, że akcja filmu rozgrywa się przez dwanaście lat, podczas gdy fabuła książki rozciągała się na lat czterdzieści pięć! Jest to poważne uchybienie. Nie trzeba być doktorem psychologii, by wiedzieć, że człowiek mający trzydzieści lat podejmuje zupełnie inne decyzje i kieruje się innymi motywacjami niż ten, kto ma za sobą już pół wieku.

Żeby była jasność, nie uważam filmu za zły. Jest przyjemny w odbiorze, choć irytuje (mnie), w przesadnym nastawieniu na młodego odbiorcę. Lubię literaturę, jak i filmy dla młodzieży. Urzeka mnie ta niewinność miłości, prostota przekazu i eksplozja emocji, które w młodym wieku tak trudno utrzymać na wodzy. Sama jestem młoda i to rozumiem, ale tutaj jest tego za dużo, aż bije po oczach.

MV5BMTk0Mzg1MTU1MF5BMl5BanBnXkFtZTgwMjU3ODI2MzE._V1_UY1200_CR8906301200_AL_

Zdecydowałam się obejrzeć Love, Rosie z dwóch powodów.  Pierwszym była chęć odświeżenia sobie treści książki i ciekawość, w jakim sposób tekst literacki będzie korespondował z ekranizacją. Nie mogę powiedzieć, że się zawiodłam, ale też nie było fajerwerków. Przyjemnie się to ogląda wieczorem przy lampce wina (wcale nie dlatego, że przytępia recepcję), ale jeśli spodziewacie się arcydzieła, nie dojrzycie go tutaj. Pewnie nie taki był zamysł, ale nie lubię, gdy na siłę ekranizuje się popularne powieści tylko dlatego, że odniosły sukces wydawniczy.  Bardzo lubię adaptacje, czy ekranizacje książek, które przeczytałam i głównie takie filmy oglądam, ale tutaj czegoś mi zabrakło. Być może przesadzam, ale przecież mogę :)

Drugim powodem, dla którego zdecydowałam się obejrzeć film był Sam Claflin – odtwórca roli Alexa. Absolutnie najprzystojniejszy, według mnie, aktor współczesnego kina (te dołeczki!!!). Znamy go między innymi z tak popularnych produkcji jak Igrzyska Śmierci, czy Zanim się pojawiłeś. No kto potrafiłby oprzeć się TAKIEMU ciachu… ? Obok niego świetna, urocza i piękna Lily Collins, odtwórczyni roli Rosie, a prywatnie córka znanego muzyka Phila Collinsa sprawia, że pierwsze złe wrażenie delikatnie się rozmywa.

LoveRosie2

Love, Rosie to typowa komedia romantyczna z typowym schematem fabularnym i typowym happy endem. Jest zabawny, wzruszający, idealny na filmowy wieczór we dwoje.

Moja rada jest więc taka, że jeśli zainteresowała was historia Rosie i Alexa, najpierw przeczytajcie książkę, a dopiero potem obejrzyjcie film. Czy warto? Przekonajcie się sami i koniecznie dajcie znać, jak wrażenia.

Moja ocena 6/10

Podzielasz moje zdanie, a może masz zupełnie inną opinię o filmie? Koniecznie podziel się spostrzeżeniami w komentarzu!

Chcesz być informowany o nowych wpisach, gdy tylko pojawią się na blogu? Zapisz się do newslettera!

Zapraszam na mojego Facebooka https://www.facebook.com/chmurkamm/?ref=aymt_homepage_panel

i Instagrama @z.glowawchmurkach

© Z głową w... chmurkach
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci